Komentarze
Indeks dla wszystkich!
Adam Chabiński
Indeks dla wszystkich!

Co by było, gdyby Google upublicznił swój indeks stron internetowych?

Ostatnio na łamach Bloomberg Businessweek ukazał się interesujący tekst „Przełamać monopol Google'a na wyszukiwanie – upublicznić jego indeks". Autorem tego niejako apelu jest Robert Epstein, były redaktor naczelny czasopisma Psychology Today, naukowiec w Amerykańskim Instytucie Badań Behawioralnych i Technologii, autor kilkunastu książek i wielu setek artykułów na temat sztucznej inteligencji.

W materiale poświęconym głównie Google'owi (ale też Facebookowi) badacz unaocznia zagrożenia wynikające z panoszących się monopoli, które w ogromnym stopniu wpływają na nasze (nie tylko) cyfrowe życie. Ekspracownicy obydwu koncernów – jak twierdzi autor – sami są zdania, że ich byłe firmy „niszczą tkankę społeczną" i „uprowadzają umysły". I nie sposób odmówić racji ani rozmówcom Epsteina, ani jemu samemu. Jeden i drugi gigant niemal bezkarnie prowadzi „agresywny nadzór, cenzuruje treści i subtelnie manipuluje sposobem myślenia i zachowaniem ponad 2,5 miliarda ludzi", pisze Epstein. Napisałem „niemal" dlatego, że od 2017 obydwie firmy są na cenzurowanym Unii Europejskiej, która nałożyła na internetowe molochy kary w łącznej wysokości 8 miliardów dolarów.

Naukowiec ani nie postuluje rozmontowania Google'a na dziesiątki małych wyszukiwarek, które zwracałyby gorsze wyniki, ani unicestwienia Facebooka, co położyłoby się cieniem na milionach relacji międzyludzkich. Nic z tych rzeczy. Propozycja autora artykułu dotyczy koncernu z Mountain View i jest tyle szokująca, co genialna. Od sześciu lat prowadzący badania i wnikliwie przyglądający się projektom Google'a Epstein sugeruje likwidację rzeczonego monopolu. Jakże bowiem inaczej nazwać sytuację, w której 92 proc. wyszukiwań obsługuje jeden usługodawca? W tym miejscu warto przypomnieć, że drugą lokatę zajmuje Bing Microsoftu z wynikiem 2,5 proc.

Pomysł jest następujący: upublicznić indeks wyszukiwarki. Taki krok nie dość, że nie spowodowałby upadku giganta, to jeszcze przyczyniłby się do decentralizacji światowego spisu stron internetowych, który w XXI wieku wydaje się takim samym globalnym dobrem jak woda, powietrze czy energia elektryczna. Decyzję o podobnym charakterze (nieodpłatne podzielenie się patentami z konkurencją) na gigancie Bell System, w skład którego wchodziły uzupełniające się korporacje AT&T, Bell Laboratories i Western Electric wymógł amerykański sąd w 1956 roku. Tak właśnie mógłby w momencie swojego największego rozkwitu postąpić Google. Okazałby się rozumnym i wielkodusznym siecioimperium.

Wtedy bardzo szybko pojawiłby się rój platform wyszukiwania: dobre, średnie i takie sobie. Wiele ukierunkowałyby się na profil swoich odbiorców – i tak powstałaby wyszukiwarka dla konstruktorów-elektroników Raspberry Pi, dla kobiet, dla wegan, dla miłośników wędzonki i kiszonej kapusty. Niektóre okazałyby się bardzo przydatne, a inne absurdalne.

Nie czekając jednak na ten gest, przesiadam się na startpage.com, której twórcy uważają, że jest to „najbardziej prywatna wyszukiwarka na świecie". W to mi graj! Dość dominacji Google'a, który podsłuchuje, śledzi i bez skrupułów kupczy danymi! Moimi też.

 


Adam Chabiński

Zobacz również