Odwiedziliśmy kilka hipermarketów oraz duże sklepy z elektroniką w Warszawie, by zobaczyć, jaki jest sposób prezentowania towarów, jak są podawane informacje na karcie obok produktu, czy istnieje możliwość sprawdzenia działania urządzenia, a także czy sprzedawcy są pomocni. Bywa różnie. Kompetencje sprzedawców, nawet w jednym sklepie, są nierówne. Niektórzy potrafią jedynie podać parametry z etykiet, inni wytłumaczą, co poszczególne funkcje oznaczają w praktyce.
|
|
|
Na przykład w jednym z hipermarketów sprzedawca zapytany, który komputer poleciłby do grania i do surfowania po internecie, wskazał model z pamięcią RAM zaledwie 512 MB i kartą GeForce 7400 i nie bardzo umiał wytłumaczyć, dlaczego właśnie taki. W dodatku etykieta wskazanego peceta nie zawierała informacji o modelu procesora, płycie głównej, ilości pamięci na karcie graficznej. Obudowy komputera nie można było otworzyć, bo groziło to utratą gwarancji. Byliśmy dociekliwi, więc na koniec sprzedawca zaproponował wizytę za dwa tygodnie, obiecując, że będą w promocji „fajne zestawy”.
W innym hipermarkecie przy półce z laptopami sprzedawca nie potrafił wytłumaczyć, czym się różni matryca 15” od 15,4”. Stwierdził tylko, że jest większa, ale nie wspomniał o rozdzielczości. Inny przy antenach telewizyjnych polecił nam jedną. Dlaczego? Bo jest większa.
W hipermarketach elektronicznych, czyli w sieci Media Markt, Saturn, Electro World czy RTV Euro AGD trafiliśmy na sprzedawców z dużo większą wiedzą. Chętnie opowiadali o produktach i podpowiadali, jakie opcje najlepiej odpowiedzą na nasze potrzeby. Czasami jednak, gdy zagłębiali się w szczegóły, podawali nieprawdziwe lub niesprawdzone informacje, np. o wydajności karty graficznej. Jaki może być skutek? Kupno produktu, który nie spełninaszych oczekiwań (o możliwości zwrotu lub wymiany takiego urządzenia czytaj na stronie 50).
Przy notebookach w jednym z hipermarketów sprzedawca prezentował kolejne modele, zazwyczaj czytając opisy z etykiet. Potrafił jednak wyjaśnić, czym się różni GeForce 8600GT od GS, chociaż jego zapewnienia, że pierwszy model jest wydajniejszy o 50 proc. od drugiego, są lekko przesadzone. Zapytany o to, który z dwóch laptopów marek Asus i HP o podobnych cenach i parametrach by polecił, najpierw podał, ile sprzedanych egzemplarzy ma każda z tych firm, a potem przekonywał, że to właściwie bez różnicy, który model wybierzemy, bo… i tak wszystkie pochodzą z jednej fabryki.
Inny sprzedawca, pytany, czy wskazana karta graficzna nadaje się do nowych gier, rozsądnie odpowiadał, że to zależy, do których. Dodał, że np. w Wiedźmina spokojnie pogramy. Nie drążyliśmy tematu, bo komfort grania to sprawa subiektywna.
Przy zakupie zasilacza do laptopa wydarzyło się coś zaskakującego. Ponieważ szukaliśmy uniwersalnego urządzenia z dołączonymi kilkoma rodzajami końcówek, a nie konkretnego modelu, należało je podłączyć do notebooka, by sprawdzić, czy działa. Nie chcieliśmy ryzykować i wierzyć zapewnieniom sprzedawcy, że „na pewno będzie działał”. Okazało się, że można rozpakować tylko taki towar, który jest zapakowany w karton. Opakowań z plastiku – a w takich znajdowała się zdecydowana większość zasilaczy – otwierać nie można.




