Stało się. W końcu mamy nowe układy Nvidii. Co prawda premiera karty RTX 2080 Ti znów została nieznacznie przesunięta, ale już RTX 2080 pojawił się na rynku zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami. I wywołał skrajnie różne reakcje. Trudno się temu dziwić. Grzegorz Karaś
Mieliśmy okazję przetestować konstrukcję Gigabyte’a – GeForce RTX 2080 Windforce OC 8G. To chłodzona powietrzem, trzyslotowa karta graficzna zbudowana w oparciu o najnowszy chipset Nvidii. Układ ten fabrycznie podkręcono w stosunku do modelu referencyjnego – działa z częstotliwościami 1785 i 1800 MHz odpowiednio dla trybów opisanych przez producenta jako Gaming i OC. Wyposażona została w najnowsze, i nieobecne wcześniej w kartach Nvidii, technologie raytraycingu i wygładzania krawędzi Deep Learning Super Sample, z których szczególnie ta ostatnia, jeśli tylko jest obsługiwana, może zapewnić znaczący przyrost wydajność w stosunku do wcześniej stosowanych technologii.
Na tym samych, maksymalnych ustawieniach grafiki i ekranie 3840x2160 lepiej na RTX 2080 działa CS:GO, zapewniając średnio 221 kl./s, podczas gdy GTX 1080 Ti osiągnął 23 FPS-y mniej. W praktyce to jednak różnicy nie robi żadnej, gdyż i tak najszybsze – i kosztujące fortunę – ekrany 4K odświeżane są z częstotliwością 144 Hz. Obydwie karty wystarczą więc, by w tym przypadku wykorzystać ich możliwości.
Brzmi to absurdalnie zważywszy, że na nowe karty graficzne naczekaliśmy się ponad dwa lata – Nvidia jednak tak wywindowała ceny swych topowych układów, że póki co z czystym sumieniem polecać RTX-a 2080 po prostu nie można. Nowoczesne technologie, szczególnie wygładzanie krawędzi DLSS, dobrze rokują – póki co jednak trudno z nich zrobić użytek. Choćby dlatego, że jeszcze niewiele gier z nich korzysta. W istocie więc przewaga, którą na starcie powinny mieć nowe karty Nvidii, tym bardziej nie prezentuje się imponująco. Już wkrótce temperatura związana z premierą układów RTX powinna opaść, a nerwowa reakcja giełdy i spadek kursu akcji „zielonych” – wymusić korektę polityki cenowej koncernu.





