Aktualności
Star Wars Jedi: Upadły zakon
13 grudnia 2019, 12:30
Star Wars Jedi: Upadły zakon

Koniec 2019 roku upływa pod znakiem Gwiezdnych Wojen. Fani Mocy zachwycają się świetnym serialem z Mandalorianinem w roli głównej, niedługo do kin wejdzie zwieńczenie sagi Skywalkerów, a na pecetach i konsolach triumfy święci Upadły Zakon. Nie bez przyczyny: to najlepszy tytuł w klimatach Star Wars od wielu lat.

Upadły zakon jest zręcznościową grą akcji, która zabiera nas w czasy, kiedy Zakon Jedi jest w rozsypce. Niedobitki rozproszonych po galaktyce rycerzy kryją się przed siepaczami Imperium, próbując umknąć przed siepaczami Imperium, którzy na rozkaz Imperatora starają się zgnieść jeszcze do niedawna potężnych stronników Jasnej Strony Mocy. W tych okolicznościach poznajemy Cala Kestisa – młodego padawana. Nie dane mu było zostać rycerzem – Rozkaz 66, czyli polecenie likwidacji wszystkich Jedi, a co za tym idzie również śmierć jego mistrza, przerwały szkolenie. Szybko jednak okazuje się, że nie jest mu dane ukrywać się przed Ciemną Stroną.

W labiryncie planet

Jak nietrudno wywnioskować, to gra, która pozwoli nam wcielić się w rzeczonego młodziana. W trakcie podróży między kolejnymi planetami (odwiedzimy m.in. Kashyyyk – dom rasy Wookiee), będziemy rozwijać coraz bardziej zaawansowane umiejętności Jedi i przypominać sobie zatarte w pamięci naszego padawana elementy szkolenia. Stawka jest wysoka: to odbudowa potęgi Zakonu. Odwiedzając kolejne świątynie i grobowce Mistrzów Jedi, wpadniemy na trop holokronu, w którym zapisano informacje na temat kolejnego pokolenia rycerzy – czułych na Moc dzieci, które mogłyby zastąpić wybitych niemal do nogi starych mistrzów.

Upadły Zakon czerpie głównie z dwóch innych serii – Dark Souls i najnowszych wcieleń Tomb Raidera. Ten pierwszy przejawia się w ogólnym pomyśle na grę i organizację rozgrywki. Kolejne planety to otwarte mapy, w ramach których mamy dużą dowolność eksploracji. Możemy co prawda poruszać się według planu terenu, dążąc do jasno oznaczonego głównego celu misji, nic nie stoi jednak na przeszkodzie, by porzucić utarte ścieżki i po prostu zwiedzać. W wielu miejscach to nie tylko możliwe, ale wręcz wskazane – dzięki temu dotrzemy do sekcji, które normalnie moglibyśmy pominąć.

Takie włóczenie się jest o tyle istotne, że stanowi okazję nie tylko do głębszego poznania świata gry i wyłapania wszystkich ciekawostek, ale też do zgromadzenia dodatkowego doświadczenia i rozwoju postaci. A tutaj – jeśli tylko nie gramy na najniższym stopniu trudności, który można od biedy określić mianem turystycznego – każdy talent czy dodatkowe punkty życia mogą być na wagę złota. Upadły zakon jest dość wymagającą grą. Poruszamy się bowiem między rozstawionymi w kolejnych sekcjach mapy punktami medytacji. Każdy z nich działa jako respawn, gdzie pojawiamy się, gdy kolejne starcie się nie uda. Tam też możemy na żądanie odnawiać punkty życia i punkty mocy, a także regenerować stymy – czyli apteczki, którymi leczymy się podczas walki. Wiąże się to jednak z równoczesnym odnowieniem się wszystkich dotychczas powalonych przeciwników. W istocie więc zabawa w Star Wars Jedi jest ciągłym doskonaleniem własnych umiejętności – tak, żeby wspomnianych resetów było jak najmniej.

Inna sprawa, że dzięki przemyślanej konstrukcji map odradzanie się wrogów nie przeszkadza tak bardzo, jak można przypuszczać. Błądząc po labiryntach – to tak na początku wyglądają lokacje – odblokowujemy sobie szereg skrótów, którymi potem szybko możemy wrócić do punktu startowego, jak i w późniejszych etapach gry odwiedzić wcześniej już widziane rejony. Na część planet bowiem wrócimy podczas zabawy – to świetna okazja, by odblokować wcześniej zamknięte z powodu początkowych ograniczeń naszej postaci przejścia.

Zręczny jak Jedi

To, że Cal z biegiem czasu się rozwija, to mało powiedziane. Doświadczenie przekuwamy tu na talenty, które pozwalają rozwinąć walkę mieczem, operowanie Mocą oraz szeroko pojmowaną zdolność przeżycia. Ponadto rozwija się również BD-1 – towarzyszący nam niemal przez całą grę sympatyczny robocik, który pomaga nam, otwierając przejścia, hakując wrogie drony czy nawet służąc za tyrolkę. Ten mały spryciarz także poszerza swoje możliwości – nie wszystkie jego możliwości są dostępne od początku.

Najbardziej jednak chyba widać rozwój postaci w poszerzaniu jego zakresu ruchowego. Tu należałoby wrócić do wcześniej postawionego porównania Upadłego zakonu do serii Tomb Raider. Star Wars Jedi jest tytułem wymagającym pod względem zręcznościowym: skaczemy, biegamy po ścianach, huśtamy się na linach, wspinamy po urwiskach. Dużo tego – a potem pojawiają się jeszcze bardziej wymagające sekcje, gdzie dodatkowo musimy posługiwać się Mocą czy używać kombinacji wszystkich niemal ruchów postaci. Trochę taki małpi gaj – jeśli ktoś ma alergię na tego typu elementy zręcznościowe, może poczuć przy Upadłym zakonie dyskomfort.

Wzorem przygód pani archeolog pojawiają się też logiczne zagadki przestrzenne. Musimy tu wykorzystać możliwości, jakie daje mapa, by przejść dalej, odblokować dawno nieużywany mechanizm lub odkryć tajemnice dawno nieżyjących mistrzów Jedi. Trochę kombinowałem, nie powiem – koniec końców jednak fabułę pchniemy do przodu, analizując możliwości otoczenia lub... prosząc towarzyszącego nam robota o podpowiedź. To duży plus tej produkcji.

Balet ze szturmowcami

Walka jest w porządku, choć na tle innych gier, choćby z serią Batman na czele, widać jak na dłoni, że nie jest tak czytelna, jakbyśmy tego chcieli. Częstokroć trudno wyczuć właściwy moment bloku, a sytuację dodatkowo utrudnia fakt, że możliwość parowania jest ograniczona wytrzymałością naszego bohatera – co wymusza płynne kontrataki, bo w końcu każdy nasz blok zostanie przełamany. Niektórych posunięć wroga zresztą sparować się nie da – tu trzeba po prostu uskakiwać i szukać okazji do odgryzienia się.

Zróżnicowanie przeciwników to kolejna zaleta gry: nasz lightsaber przepruje się przez zbroje szturmowców różnego rodzaju, zmierzymy się z przedstawicielami Inkwizycji, będziemy musieli się opędzać od lokalnej flory i fauny, w końcu też pojawią się bossowie. Tutaj starcia są najczęściej dwu-, trzyfazowe i wzbogacone niespodziankami. Niekiedy jest bardzo trudno i by przejść dalej, trzeba korzystać ze wszystkich możliwości, jakie twórcy oddali nam do dyspozycji.

W Upadły zakon możemy pograć na klawiaturze i myszce – w ten sposób zresztą przeszedłem grę. Nie obejdzie się jednak bez wprowadzenia zmian w standardowym rozkładzie klawiszy. Za to na padzie nie ma żadnych problemów: z myślą o tego rodzaju kontrolerach zresztą gra tak naprawdę została przygotowana.

Poczuj Moc

Największą zaletą gry jest jednak jej klimat. To tytuł, który został stworzony przez ludzi potrafiących wydobyć esencję świata Star Wars i opakować ją w atrakcyjną formę. Grając w Upadły zakon, złożymy własny miecz świetlny, odkryjemy dzięki Mocy echa minionych wydarzeń, a także poznamy tajniki szkolenia Jedi. To świat, jaki znamy z kin. Świetnie zrobiony, atrakcyjny wizualnie (niektóre widoki zapierają dech w piersi!) i dający odczuć na własnej skórze klaustrofobię odchodzącej do przeszłości ery rycerzy Jedi. Cały czas jednak gdzieś tam tli się nadzieja, która pcha naszą postać do przodu. Nie jest to oczywiście rolplej pokroju Knights of the Old Republic – nie zmienia to jednak faktu, że od lat czekałem na taką grę. Moc jest w niej bez wątpienia silna.

 


Grzegorz Karaś