Porady
Test gry Apex Legends
PC Format Extra 2/2019

Electronic Arts bez uprzedzenia wydaje strzelankę free-to-play od twórców Titanfalla, a ta okazuje się rewelacją bez szkodliwych mikrotransakcji, która w parę dni przyciąga miliony graczy i dołącza do najlepszych battle royale na rynku. Takie niespodzianki lubimy! Michał Amielańczyk


Nietypowy ruch można jednak zrozumieć: EA zaliczyło ostatnio parę wpadek wizerunkowych, zaś fani Respawn Entertainment oczekiwali raczej Titanfalla z trójką w tytule. I choć w Apex Legends wielkich robotów nie ma (są małe), znów dostaliśmy szalenie dynamiczną strzelankę drużynową.

Trójkami do nieba szli

„Drużynowa” jest słowem kluczem, bo chociaż gra otrzymała elementy rozgrywki obowiązkowe w battle royale, zabawy solo nie ma i być może nie będzie. Począwszy od desantu na futurystycznie zabudowaną wyspę, przez szukanie pierwszej broni i przemykanie do centrum malejącego obszaru gry, aż po zwycięstwo w postaci pozostania ostatnimi żywymi na mapie – wszystko to uczestnicy zabawy robią w dwudziestu trzyosobowych zespołach. Na szczęście nie trzeba przystępować do gry ze znajomymi, można też obyć się bez mikrofonu, bo do elementów bardzo przemyślanego interfejsu należą tzw. pingi. Wystarczy kliknięcie, by dodać znacznik kontekstowy i oznaczyć pozycje wroga, zasugerować miejsce lądowania lub wskazać rannemu koledze apteczkę.


Kooperacja to też podnoszenie na nogi znokautowanego partnera, który może tylko pełzać, wykrwawiając się, jak i gatunkowa nowość, „wskrzeszanie”. Jeśli uda się nam dotrzeć do skrzyni z ekwipunkiem poległego towarzysza i zabrać jego identyfikator, można dostarczyć go do punktu zrzutu, by wrócił na pole bitwy. Nie tylko zwiększa to sens dalszego obserwowania gry „zza grobu”, ale i zmienia dynamikę starć. Jak wrócić po zabitego? W jaki sposób na nowo go dozbroić? Czy ryzykować własny zgon, gdy niedaleko nastąpił zrzut broni?

Osiem legend

Starcia nabierają też nowego wymiaru za sprawą zdolności – niczym w hero shooterach wybieramy jedną z ośmiu postaci, które różnią się talentami pomagającymi w walce drużynowej. Potężny Gibraltar może np. ustawić kopułę blokującą pociski, Lifeline uruchomi leczącego droida, a Wraith „słyszy głosy”, gdy przeciwnik weźmie ją na muszkę. Na szczęście czas ładowania zdolności sprawia, że nadal pierwsze skrzypce grają celne oko i umiejętne zajmowanie pozycji. Ta ostatnia liczy się tym bardziej, że słoneczna wysepka pełna jest wyciągów, szybów i lin, które pozwalają szybko pokonywać długie dystanse. Ba, robot Pathfinder sam dysponuje kotwiczką, która pozwala mu pokonać trasę górą. Przy okazji jest bardzo sympatyczny – członkowie zespołu cały czas ze sobą rozmawiają i niczym w Overwatchu mają wyraźnie zarysowane charaktery.


Wreszcie Apex Legends to po prostu świetny shooter, który doskonale wygląda i brzmi. W arsenale czeka standard: podrasowana na modłę science fiction broń krótka, strzelby, pistolety maszynowe, kaemy i broń snajperska. Każda pukawka otrzymała inny zasięg i odrzut, ale większość ma satysfakcjonującego „kopa” i z powodzeniem robi krzywdę, zwłaszcza po zamontowaniu ulepszeń różnej jakości – od lunety po pojemniejszy magazynek. O siłę ognia trzeba dbać tym bardziej, że pancerze energetyczne pełnią rolę „drugiego życia” i można je łatwo regenerować, więc z czasem trzeba się napocić, by sprowadzić wroga do parteru. Za model wymiany ognia należą się brawa, cieszą też smaczki pokroju siatki celowniczej lunety uwzględniającej różnicę wysokości.

Z niecierpliwością czekamy na to, co Respawn zrobi dalej. Na pewno przydadzą się łatki poprawiające stabilność gry – poza tym świetnie zoptymalizowanej – oraz mechanizm zniechęcający graczy, którzy wychodzą z drużyny tuż po starcie, bo nie zajęli upragnionej postaci. Ciekawią nas też ewentualne kroki Electronic Arts jako wydawcy – w końcu obecnie mikropłatności w grze są czysto kosmetyczne, służą tylko do zmiany wyglądu postaci, broni albo kart prezentujących gracza.



Zobacz również