Jeden z najbardziej ambitnych erpegów w historii doczekał się nieoficjalnej kontynuacji. Autorzy odnieśli sukces dopiero pod sam koniec przestają radzić sobie ze spoczywającym na barkach olbrzymim ciężarem. [MA]
Właściwy sequel genialnego Planescape: Torment nie powstał wobec niedostępności praw autorskich do pokręconych realiów i „papierowego” systemu RPG, z którego tytuł korzystał. Na szczęście ekipa weteranów, w tym jeden z głównych projektantów pierwowzoru, Colin McComb, sprawiła, że fani hitu z 1999 roku czują się jak u siebie.
W grze czekają dziwaczni humanoidzi, mutanci, myślące maszyny oraz zawieszone między wymiarami duchy, ale i protagonista im nie ustępuje. Gracz prowadzi ostatnią znaną powłokę Pana Wcieleń – geniusza, który w celu zachowania wiecznego życia przenosi się między coraz to doskonalszymi ciałami. Problem w tym, że nibyboga oraz porzucone przezeń zyskujące świadomość istoty ściga Rozpacz – pradawna, niszczycielska bestia.
Twórcy zadbali też o solidną mechanikę podzielonych na tury potyczek, ale mimo wielu umiejętności, broni i przydatnych gadżetów w grze walki jest mało. Jak przystało na Tormenta, rozlewowi krwi zazwyczaj można zresztą zapobiec rozmową i powodzeniem w teście perswazji czy innej wiedzy o naturze. Poziom trudności skillchecków jest na tyle niski, że od pewnego momentu niezależnie od kompozycji czteroosobowego zespołu ich zdawanie nie powinno stanowić żadnego problemu nawet podczas rozwiązywania rozmaitych starożytnych zagadek. Może to nieco dziwić, zwłaszcza że porażki bywają pożądane. Po śmierci bohater trafia do labiryntu wewnątrz swego umysłu, i to często właśnie tam każąca zastanowić się nad wartością ludzkiego życia fabuła posuwa się naprzód.
Niestety angażująca opowieść kończy się, jakby wyrwano z niej wielogodzinny segment. Nagłe zakończenie nijak nie pasuje do tempa rozgrywki, a kluczowe postacie pojawiające się niczym deus ex machina, by w galopie domknąć wątki, rozczarowują na tle reszty historii rozwijanej z talentem pierwszoligowego pisarza. Jeśli dodać do tego błędy zmuszające do wciskania Alt+F4 oraz polonizację w zakresie dużo mniejszym, niż sugerował polski wydawca (Piotr Fronczewski nie występuje poza prologiem), Torment jest świetną grą, ale nie – jak liczyło wielu – erpegiem dekady.





