Porady
O bon tonie w cyfrowym świecie
PC Format 12/2018

Bez zasad internetowego savoir vivreu poruszalibyśmy się po cyfrowym świecie niczym dzieci we mgle. Za nieprzestrzeganie dobrych manier w sieci nikt nie da nam po łapach, może nas jednak spotkać jednak z najbardziej surowa z kar odrzucenie przez wirtualną społeczność. Za co mogą nas znienawidzić, a za co pokochać internauci? Katarzyna Bielińska


Był wrzesień 1993 r., kiedy jeden z głównych dostawców usług internetowych w USA udostępnił Usenet wszystkim swoim klientom. Do tego czasu z sieci grup dyskusyjnych korzystali tylko studenci uczelni wyższych, którzy musieli zachowywać się zgodnie z listą obowiązujących tam reguł. W ten sposób, wraz z napływem nowych, nieobeznanych z netykietą użytkowników (tzw. newbies), sieć trafiła pod strzechy.

Cyfrowy folklor

Wraz z „wiecznym wrześniem” (to usenetowe wyrażenie slangowe ukuł Dave Fisher) rozpoczęła się nowa era w historii internetu. Olia Lialina i Dragan Espenschied, artyści i badacze internetowej archeologii, nazwali ją erą cyfrowego folkloru. –Ten wypełniony zastępami ślicznych kociąt, śmiesznymi gifami, demotami, łańcuszkami szczęścia, bEłKoTlIwYmI KOMENTARZAMI i wszędobylskimi emotikonami świat nie oznacza bynajmniej upadku kultury i dobrego smaku – piszą w swojej książce „Digital folklore”. Po prostu w ten sposób – przez użytkowników dla użytkowników – tworzony jest piękny, choć dla wielu niezrozumiały, język nowych mediów.

W egalitarnym i wielowątkowym świecie internetu wolno wszystko, ale tylko pozornie. Za brak dobrych manier w sieci nikt nas formalnie nie ukarze (chyba że przekroczymy cienką zarysowaną prawem granicę), może nas jednak spotkać jednak z najbardziej dotkliwych kar – odrzucenie przez wirtualną „rodzinę”. Niepotrzebna jest cyberpolicja – internetowa społeczność broni się sama. Złamanie przyjętych zasad skutkuje nieprzyjemną reakcją innych użytkowników, a jeśli reprymendy nie pomagają – zgłoszeniem nadużycia i odcięciem „niegrzecznego” osobnika od określonej usługi internetowej przez jej administratora.

Sęk tylko w tym, że nie do końca wiadomo, o jakie zasady chodzi. W połowie lat 90., gdy powstawały pierwsze kodeksy etyki dla użytkowników sieci, tworzone przez Kolumbów internetu, na świecie było ok. 200 mln komputerów, a dostęp do sieci miało zaledwie trzy procent mieszkańców globu. Dziś internauci stanowią ponad połowę 7,5-miliardowej populacji, a online przebywamy dłużej niż w realu (mieszkańcy Tajlandii buszują po internecie przez ponad 9 i pół godziny każdego dnia!). Nic więc dziwnego, że cyfrowy savoir vivre, który ograniczał się niegdyś do kilku prostych reguł, z biegiem czasu nie tylko rozrastał się, ale i nabierał znaczenia, tak jak i cała wirtualna rzeczywistość. Daniel Post Senning, praprawnuk Emily Post, amerykańskiej ikony dobrych manier i autorki poradników o etykiecie, opracowując 18. wydanie książki swojej babci, e-manierom chciał poświęcić dodatkowy rozdział. Treści było tak wiele, że szybko zmienił zdanie i napisał całą książkę o etykiecie w cyfrowym świecie: „Manners in a Digital World: Living Well Online”.

Co dziś oznacza przyzwoite zachowanie w internecie? Kilkanaście lat temu, gdy internetowa aktywność ograniczała się do korzystania z e-mailowej poczty, grup dyskusyjnych, IRC-a czy komentowania wpisów na blogach i teledysków na YouTubie, odpowiedź na to pytanie była o niebo prostsza. Wraz z nadejściem ery Facebooka, Instagrama, Twittera, GoldenLine’a i LinkedIna, Snapchata czy Google+ przybyło światów, w których obowiązują odrębne zasady postępowania, normy społeczne i sposoby interakcji.

Netykieta dla hejterów

Problem z etykietą cyfrowego świata bierze się jednak nie tylko z rozmiarów i tempa internetowej ekspansji, ale też braku autorytarnego gremium czy instytucji, która swoją marką usankcjonowałaby listę obowiązujących reguł – takiej jak na przykład Rada Języka Polskiego, do której w chwili wątpliwości każdy posługujący się językiem ojczystym może zwrócić się i otrzymać kompetentną poradę. Zgnębiony internauta, który nie wie po której stronie talerza ma położyć cyfrowe sztućce, zdany jest na krążące w sieci zasady netykiety, opracowywane lub powielane przez mniejsze lub większe autorytety cyfrowego świata, ale najczęściej po prostu przez innych użytkowników.

Nie używaj wulgaryzmów. Nie spamuj (np. wysyłając niechciane linki). Nie trolluj. NIE KRZYCZ (pisząc wielkimi literami) ani nIe BeŁkOcZ (pisząc na przemian wielkimi i małymi). Nie nadużywaj emotikon, przesyłając buziaczki:*, :*, :*. Na forach dyskusyjnych pisz na temat, ogranicz dygresje. Zanim zadasz pytanie, skorzystaj z FAQ lub przeszukaj forum pod kątem danego tematu. Nie przesyłaj łańcuszków. Traktuj innych z szacunkiem, nie wdawaj się w kłótnie… To podstawowe zasady powtarzające się w krążących po necie listach cyfrowych dobrych manier – można je znaleźć również w Wikipedii. Dla wielu internatów są tak naturalne jak używanie klawiatury i myszki, jednak dla zaskakująco sporego grona – niekoniecznie.

Świadczy o tym choćby intensywność zjawiska hejtu, naszej nadwiślańskiej specjalności, który nieprzerwaną falą przelewa się przez internet. Prosto i jasno sformułowane zasady ruchu drogowego w sieci są potrzebne zwłaszcza tam, gdzie nie można odwołać się do „spontanicznego poczucia przyzwoitości”, o którym wspomina prof. Bralczyk w rozmowie z naszym magazynem – bo nie każdy takie poczucie ma. Pozwalają też ostudzić temperaturę emocji, które – jak pokazują wyniki badań dr Magdaleny Kamińskiej z Instytutu Kulturoznawstwa Uniwersytetu im. A. Mickiewicza w Poznaniu – w wersji online rosną nieporównywalnie szybciej. –Brak fizycznego zagrożenia ze strony adwersarza sprawia, że ludzie czują się bezkarni i podgrzewają temperaturę dyskusji – zauważa Kamińska. Wreszcie netykieta jest nam potrzebna, by edukować najmłodszych użytkowników sieci, a to właśnie z ich grona wywodzi się największa liczba hejterów.



Zobacz również